Aktualności

Repertuar kina Pieniny (13-19 marca)

Familijna animacja "Sponge Bob: na suchym lądzie" oraz polska komedia o tematyce muzycznej "Disco polo" to propozycje kina Pieniny na najbliższy tydzień. Serdecznie zapraszamy.



Nowy numer magazynu "Polski Region Pieniny"----------------- >



<-------------- Szczegółowy repertuar kina Pieniny (13-19 marca)








RECENZJE:

"SPONGE BOB: NA SUCHYM LĄDZIE"


Dawno nie widziałem filmu, którego trailer tak bardzo różniłby się od całości dzieła. Oglądając zwiastun "Spongebob: na suchym lądzie" spodziewałem się przyjemnej i zabawnej animacji, która pozwoli mi miło spędzić czas w kinie. Było jednak dokładnie na odwrót.

W podwodnym miasteczku żyje sobie pewne wyjątkowo zgodne społeczeństwo. Wszystko za sprawą kraboburgerów, które przygotowuje tytułowy Spongebob. Jedynym niezadowolonym z tej sytuacji jest Plankton, właściciel drugiej restauracji, do której nikt nie przychodzi. W wyniku nieoczekiwanych zdarzeń przepis na kraboburgera znika, mieszkańcy zamieniają się w dzikusów, a Spongebob łączy siły z dawnym wrogiem, by odnaleźć zaginioną recepturę.

Największym mankamentem filmu Paula Tibbitta jest przesyt pomysłów. Czego tu nie ma? Jest pirat gadający z ptakami, są podróże w czasie, postapokalipsa, animacja... Z jednej strony taki natłok atrakcji daje szansę na to, że każdy znajdzie coś dla siebie. Z drugiej, najmłodsi mogą poczuć się zwyczajnie zdezorientowani, a starsi widzowie będą się nudzić, czekając na interesujące ich wątki. A jako że "Spongebob: na suchym lądzie" ma bardzo słabe tempo, po kilkudziesięciu minutach częściej niż na ekran patrzy się na zegarek.

Równie duży zarzut można postawić dowcipom. Antonio Banderas jako pirat stara się, błaznuje, ale zamiast śmieszyć, częściej żenuje. Oczywiście zdarzają się udane żarty, zwłaszcza kiedy twórcy mrugają okiem do widza i odwołują się do innych dzieł kinematografii, jak chociażby "Piratów z Karaibów". Niestety, jest tego zdecydowanie za mało. I nawet warstwa wizualna w filmie Paula Tibbitta nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Jest ładnie, kolorowo, ale nic więcej. Tym bardziej szkoda, że pomysł, by postacie trafiły do świata ludzi (co wyraźnie zmienia wygląd animacji) został zmarnowany.

[Jędrzej Dudkiewicz]



DISCO POLO


Maciej Bochniak wznosi muzykę disco polo nieomal na wyżyny mitu założycielskiego polskiego kapitalizmu i choć jego wizja jest zarazem szalona i fantastyczna, trzeba mu przyznać, że często jest wyjątkowo celny w swoich obserwacjach. W "Disco Polo" wydaje się tętnić więcej prawdy o naszym narodzie niż w niejednym historycznym dramacie o powstańcach czy innych bohaterach.

Oto Tomek, (super)bohater nowych czasów: rozwichrzone włosy, pastelowe marynarki, bystrość i samozaparcie. Oraz ta męcząca myśl w głowie, determinująca każdy ruch: nieważne jak, ważne, żeby zarobić dużo kasy i uciec z małej szarej rzeczywistości do kolorowego świata. Komunizm dopiero co upadł, biznes wciąż można zrobić dosłownie na wszystkim, dziki zachód jest gotowy na podbój - wystarczy tylko chcieć. Tomek, niczym niewinny Dirk Diggler z "Boogie Nights", wchodzi do tej nowej rzeczywistości w przeciągłym ujęciu otwierającym film i ma na nią olbrzymi apetyt. Najpierw obchodzi go tylko kasa, ale potem zaczyna interesować go sława i wskoczenie na pozycję numeru jeden na listach przebojów. Idzie za tym bowiem pozycja w jego nowej rodzinie, bo, dokładnie tak samo jak w filmie P.T. Andersona, więzi rodzinne ściśle przeplatają się tu z biznesowymi. Wszak jak wiadomo Polska rodziną stoi, a "Disco Polo" to film, który przywołuje wiele narodowych wartości i... słabości.

Założenie filmu bowiem wydaje się dosyć klarowne: disco polo jest dla Bochniaka zwierciadłem odbijającym polską mentalność. Tyle, że reżyser sprytnie ten plan rozciąga. Zamiast męczyć temat ukazywaniem narodu jako pozbawionej gustu masy, podrygującej w rytm prostych tekstów, sięga po szerszą metaforę disco polo jako pokracznego dziecka raczkującego polskiego kapitalizmu - przestrzeni w której można było zrobić biznes wszędzie i na wszystkim. Wystarczył spryt, pomysł, butelka wódki i umiejętność trafienia w gusta społeczeństwa, które zupełnie jeszcze nie istnieją. Bo niby jak miałyby, skoro nie było i czym gdzie ich ukształtować?

Miks cytatów w "Disco Polo" przekracza zdrowy rozsądek od samego początku. Obok siebie występują tu "Aż poleje się krew", "Funny Games", "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni", "Titanic", nigdy nie składając się w kino przesytu - nawet w towarzystwie cekinów, szampańskiej pianki i złotych łańcuchów. Wszak jesteśmy w świecie disco polo, pojęcie przesytu wymaga tu wręcz osobnej definicji. A wydaje się ona bardzo pojemna: na ekranie statki pływają po pustyni, zamiast pokoju wynajmuje się cały hotel, a na imprezach szampan przelewa się litrami. Luksus za grube dolary. Kwiaty, futra, różowy plastik, lśniące limuzyny. Wszyscy aktorzy bez wyjątku grają z przesadą, znakomicie zresztą wpisując się tym w filmową konwencję, która polski sen o bogactwie, sławie i spełnionym kapitalizmie opisuje czytelnymi kliszami z amerykańskiego kina. "Disco polo" winduje bohatera na san szczyt tylko po to, aby spektakularnie go z niego zrzucić. Tyle, że inaczej niż u Andersona, jesteśmy w polskim śnie, toteż i zakończenie musi być szczęśliwe i niczym niezmącone - bo i wiara w możliwość kupienia szczęścia za fortunę wciąż trzyma się u nas mocno.

[Urszula Lipińska]

Aktualny numer

Dołącz do nas