Aktualności

Repertuar kina Pieniny (27 marca - 2 kwietnia)

"Bóg nie umarł" w reż. Harolda Cronka oraz film zdobywcy Oskara, Russella Crowe, "Źródło nadziei" to propozycje kina Pieniny na najbliższy tydzień. Sprawdźcie recenzje obydwu filmów.







Kup magazyn "Polski Region Pieniny" ------------------->








"Bóg nie umarł", reż. Harold Cronk (2014)

Student college"u poddaje pod wątpliwość poglądy kontrowersyjnego profesora filozofii, zdeklarowanego ateisty. By zaliczyć przedmiot, musi przy całej grupie udowodnić, że Bóg istnieje. W rolę profesora wcielił się niegdysiejszy telewizyjny Herkules, czyli Kevin Sorbo, a to tylko początek niedorzeczności, jakimi "Bóg nie umarł" jest wypełniony. Co jednak najciekawsze, ten niszowy film propagandowy dla prawdziwych wyznawców zgromadził w amerykańskich kinach zadziwiające rzesze widzów. Skąd ta popularność?

Zainteresowanie Hollywood wiarą nie bierze się z niczego. Od zarania powstawały przecież filmy oparte na fragmentach Biblii i pojawiających się tam najbardziej znanych postaciach. Chrześcijanie to wszak liczna grupa wyznaniowa, a potencjał w liczbach to kwestia nie do przecenienia. I tak co pewien czas, najczęściej w okolicach marca i kwietnia, pojawiają się w kinach obrazy nawiązujące tematycznie, bądź wprost interpretujące Pismo Święte. Tylko w zeszłym roku premiery miały widowiska historyczne Ridleya Scotta ("Exodus: Bogowie i królowie") i Darrena Aronofsky"ego ("Noe: Wybrany przez Boga"). Zawsze znajdzie się przecież pewne grono chętnych sięgnięcia po choćby ułamek wpływów Mela Gibsona za "Pasję" (łącznie to prawie 700 milionów dolarów).

"Bóg nie umarł" to znacznie skromniejszy film, wkradający się na ekrany polskich kin niemal ukradkiem. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie oszałamiający jak na produkcję tego rodzaju sukces kasowy w Stanach, w ogóle nie byłoby o czym pisać. Fabuła obrazu w reżyserii Harolda Cronka jest niezwykle prosta, by nie napisać - prostacka, a streścić ją udało się jednym zdaniem we wstępie tej recenzji. Oczywiście twórcy dodają szereg wątków i postaci pobocznych, mających w jak najmniej skomplikowany sposób unaocznić widzowi tezę zawartą w tytule filmu. Wszystko z chrześcijańskim popem w tle i nastolatkami, które słuchając na iPodach radiowych kaznodziei odważnie bronią swojej religii przed niedowiarkami. Na drugim planie – znany z roli telewizyjnego Supermana Dean Cain i Willie Robertson, członek słynnej "Dynastii Kaczorów", której fenomenu nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Podobnie jak głębszego sensu filmu "Bóg nie umarł".




"Źródło nadziei" ("The Water Diviner"), reż. Russell Crowe (2014)

"Źródło nadziei" to reżyserski debiut znanego aktora, Russella Crowe. Chociaż film w wielu elementach szwankuje, trudno nie patrzeć na niego łaskawym okiem.

Jest rok 1919, minęły cztery lata od krwawej bitwy o Gallipoli. Żyjący w rodzinnej Australii Connor i jego żona wciąż niezbyt dają sobie radę z wieściami o śmierci trzech synów na polu walki. Gdy ukochana odbiera sobie życie, Connor decyduje się wyruszyć do Turcji, by odnaleźć ciała potomków i sprowadzić je do ojczyzny.

Przyznać trzeba, że punkt wyjścia jest cokolwiek niezrozumiały - czemu Connor decyduje się na ten krok dopiero po samobójstwie żony, jakby nie zauważał wcześniej jej fatalnego stanu psychicznego? Nie wiadomo. Filmowi Russella Crowe można zarzucić znacznie więcej. Głównym mankamentem jest brak umiejętności poprowadzenia historii w taki sposób, by wzbudzić w widzu jakiekolwiek emocje. Mimo usilnych prób, wspomaganych zazwyczaj nachalną muzyką, reżyserowi nie udaje się zaangażować odbiorcy. Wynika to również z konstrukcji bohaterów, którzy są nijacy i na takim samym poziomie grani. Ich działania często są niczym nie umotywowane i całkowicie niezrozumiałe - postacie potrafią zmieniać zdanie w ciągu kilku sekund. Wygląda to trochę tak, jakby Crowe uznał, że skoro on sam tak wiele energii włożył w swoje dzieło, wszyscy inni automatycznie pójdą jego śladem.

Przy wszystkich tych wadach, "Źródło nadziei" budzi we mnie sporą sympatię. Po pierwsze dlatego, że Crowe, mimo wszystko, jest świadomy swoich ograniczeń. Nie porywa się z motyką na słońce, nie próbuje za pierwszym razem nakręcić arcydzieła. I nie ma ambicji, by stworzyć epicką, 3-godzinną produkcję - znaleźliby się reżyserzy, którzy męczyliby publiczność, dodając mnóstwo niepotrzebnych scen. Po drugie, można się tu doszukać ciekawie pokazanej sytuacji po wojnie. Dawni wrogowie muszą współpracować i robią to jak profesjonaliści. Po trzecie w końcu, "Źródło nadziei" ogląda się nieźle, bez uporczywego zerkania na zegarek.

I właśnie wspomniana samoświadomość sprawia, że debiut Russella Crowe warto zobaczyć. Nietrudno zauważyć, że "Źródło nadziei" to wprawka, sprawdzenie samego siebie, co niemal zawsze wiąże się z błędami. Czy Crowe wyciągnie wnioski i jego kolejny film będzie lepszy, a on sam rozwinie się jako reżyser? Można mieć taką nadzieję.


autor: stopklatka.pl




Aktualny numer

Dołącz do nas