Aktualności

Repertuar kina Pieniny (24-30 kwietnia)

Dramat obyczajowy "Ze wszystkich sił" oraz klasyk "Motyl Still Alice" to propozycje kina Pieniny na okres od 24 do 30 kwietnia. Czy warto je zobaczyć? Zapraszamy do sprawdzenia cotygodniowych recenzji.







KUP NOWY WIOSENNY NUMER MAGAZYNU ----------------->
BUY THE NEW ISSUE OF MAGAZINE---------------------------->








RECENZJE:

"Ze wszystkich sił", reż. Nils Tavernier (2015)

Współczesne kino nie boi się podejmować tematu niepełnosprawności, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest to motyw ostatnio chwytliwy, wręcz modny. Czyżby "Ze wszystkich sił" Nilsa Taverniera było kolejnym filmem, którego twórcy chcą wpisać się w powszechnie obowiązujące trendy?

Zaczęło się od komedii, czyli "Nietykalnych" Oliviera Nakache i Erica Toledano, po których nastąpił wysyp słodko-gorzkich produkcji dających widzom nadzieję i pokazujących, że niezależnie od wieku i stanu zdrowia można dokonać rzeczy pozornie niemożliwych, a wytrwałość i pogoda ducha stanowią klucz do sukcesu. Podobne przesłanie niosło również belgijskie "Hasta la Vista" Geoffrey Enthovena, rodzime "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy i biograficzna "Teoria wszystkiego" Jamesa Marsha. W ten nurt wpisuje się także francuskie "Ze wszystkich sił".

Jest to zajmująca opowieść o pokonywaniu własnych ograniczeń, z subtelnym portretem rodzinnym w tle. Paul traci pracę. W związku z tym zmuszony jest wrócić do domu, gdzie z utęsknieniem czeka na niego niepełnosprawny syn. Miłośnikowi sportu ciężko jest pogodzić się z faktem, że tak bliska mu osoba nie może samodzielnie funkcjonować (Julien porusza się na wózku inwalidzkim), więc o jakichkolwiek wyczynach fizycznych nawet nie może być mowy. Jednak chłopak, chcąc dzielić pasję ojca, proponuje wspólny udział w morderczym maratonie "Ironman". Osią wiodącą historii jest relacja między ojcem i synem, którzy odnajdując radość ze wspólnego celu i dzieląc trud treningów, odnajdują na nowo także siebie nawzajem. Ważna w tej historii jest też więź między małżonkami - topnienie lodów między nimi nabiera tempa wraz z przygotowaniami do triathlonu.

"Ze wszystkich sił" to film ciepły, dający nadzieję, ale momentami zbyt ckliwy. Sceny z maratonu pełnią funkcję dokumentalną, kręcone były podczas realnego wyścigu "Ironman", który odbywa się co roku w Nicei. Zrobione z rozmachem, pokazują ogrom tej imprezy - szczególnie widowiskowe jest ujęcie z góry, kiedy tysiące pływaków stopniowo oddala się od brzegu. Są też malownicze pejzaże górskie, z którymi kontrastują nieco klaustrofobiczne wnętrza domu. Całość wzrusza, ale nie wnosi nic nowego do tematu. Jest to typowy "feel-good movie" - dobry na poprawę nastroju i przywrócenie energii życiowej. Zażywać w razie konieczności.

[Monika Martyniuk]


"Still Alice", reż. Richard Glatzer (2014)

Do pięciu razy sztuka! Po czterech nominacjach Julianne Moore w końcu doczekała się swojego Oscara. Trzeba przyznać, że to bardzo zasłużona nagroda.

Ma na imię Alice. Właśnie skończyła 50 lat, świętując swoje urodziny wraz z bliskimi w dobrej nowojorskiej restauracji. Świetnie wygląda, nie narzeka na brak pieniędzy i odnosi sukcesy w pracy na uniwersytecie - wykłada lingwistykę i jest jednym z lepszych specjalistów tej dziedziny. Podczas gościnnej prelekcji zapomina jednak istotnego słowa. Potem gubi się w trakcie joggingu. Zaczynają mylić jej się imiona, coraz częściej nie pamięta o umówionych spotkaniach. Niby błahostki, ale diagnoza lekarza jest jednoznaczna - kobieta cierpi na nietypową odmianę choroby Alzheimera.

Ona wie, że to wyrok, od którego nie będzie ucieczki. W jej pamięci gasnąć będą kolejne punkty, aż w końcu wypełni ją ciemność. To boleśnie banalny proces. Jak mówi sama Alice w filmie, wolałaby mieć raka. Wtedy przynajmniej byłaby jakaś walka, ludzie nosiliby dla niej różowe bransoletki, biegali maratony, zbierali datki… A tak, pozostaje czekać na nieuniknione.

Choć nie lubię tego określenia, "Still Alice" to ważny i potrzebny film. Być może dlatego, że jeden z reżyserów sam zmagał się z ciężką, nieuleczalną chorobą [Richard Glatzer zmarł 10 marca 2015, chorował na stwardnienie zanikowe boczne - dop. red.], twórcy potraktowali tę historię z prawdziwą empatią. Nie będzie tu zaskoczeń pod względem narracyjnym czy wizualnym, nie doświadczymy artyzmu i poetyckości. Po prostu zobaczymy, jak Alice, kobieta, która całe swoje życie oparła na intelekcie oraz języku, stopniowo zaczyna je tracić. To jednak wystarczy - minimalnymi środkami film porusza do głębi. Mamy tu do czynienia z dość klasyczną fabułą, która nie jest ani ckliwa, ani drastyczna w ukazywaniu postępu choroby. Teoretycznie nic jej nie wyróżnia. A jednak ma w sobie siłę - sprawia wrażenie niezwykle szczerej.

Taki stan rzeczy to w dużej mierze zasługa aktorów. Niejednoznaczny Alec Baldwin jako mąż Alice czy zaskakująco dobra Kristen Stewart jako jej córka, tworzą świetne, przekonujące kreacje. I choć zmieniające się relacje w rodzinie są istotnym wątkiem, najważniejsze dzieje się wtedy, gdy Alice zmaga się z chorobą w pojedynkę. Można wtedy dostrzec na jej twarzy ten krótki moment, kiedy przestaje być sobą. Julianne Moore wyraźnie poświęciła się tej roli i zahacza w niej o aktorski geniusz. Bez szarżowania oddała postępujące otępienie swojej bohaterki. Nie ma tam ani jednej fałszywej nuty. Zachwyca zwłaszcza scena, w której ogląda ona wiadomość nagraną dla samej siebie jeszcze w początkowym stadium choroby. Doprawdy trudno uwierzyć wtedy, że te dwie kobiety to jedna i ta sama osoba. Pytanie tylko czy oglądająca to wciąż Alice, a może już ktoś zupełnie obcy.

[Karol Barzowski]


źródło: stopklatka.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas