Aktualności

Repertuar kina Pieniny (15-22 maja)

Komedia "Poskromić playboya" w reżyserii Jonathana Silvermana oraz przygodowa "Saga Wikingów" to propozycje kina Pieniny na trzeci tydzień maja. Serdecznie zapraszamy.






KUP NOWY WIOSENNY NUMER MAGAZYNU ----------------->
BUY THE NEW ISSUE OF MAGAZINE---------------------------->









"Poskromić playboya" ("Opposite Sex"), reż. Jennifer Finnigan, Jonathan Silverman (2015)

On chce, ona nie chce, a widz umiera.

Ile to już razy lekkoduszny bawidamek, podrywający panny wyłącznie dla sportu, spotykał wreszcie kobietę, która skutecznie zaginała na niego parol? Pytanie cokolwiek retoryczne, bo komedia romantyczna rządzi się swoimi prawami i schematyzm jest dla niej raczej błogosławieństwem niż przekleństwem; ma rozbawić, wzruszyć i, oczywiście, sprawić, by kobiety, zwłaszcza te samotne, jedzące lody i rzucające poduszkami na babskim wieczorze, powzdychały chwilę do filmowego amanta, marząc skrycie o idealnej miłości. Słowem: wymagania nie są wysokie, ale to, w jaki sposób Jennifer Finnigan i Jonathan Silverman (aktorskie małżeństwo, na którego dotychczasowy dorobek litościwie należałoby spuścić zasłonę milczenia) obniżyli poprzeczkę, zaskoczyć może nawet najbardziej liberalnego, wytrzymałego i łykającego medialną papkę widza.

"Poskromić playboya" nakręcono z rozmachem godnym podrzędnej telenoweli; niedoświadczeni małżonkowie (to ich debiutanckie i, przy odrobinie szczęścia, ostatnie dzieło) nie radzą sobie z ogarnięciem projektu, scenariusz napisano na kolanie i aż trudno uwierzyć, że operatorka miała wcześniej w rękach kamerę. Ot, grupa ludzi, która chciała się pobawić w filmowców. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby wytwór ich rąk nie trafił do kinowego repertuaru. W końcu granice wolności jednego człowieka kończą się wtedy, gdy drugiemu dzieje się krzywda. A seans "Poskromienia..." to nic innego jak pot, ból i krwawiące oczy.

Nie jest to jeden z tych filmów tak złych, że aż dobrych; to film zły i kropka, a szukanie na siłę pozytywów przyniosłoby więcej szkody niż pożytku. Nie chodzi nawet o samą fabułę - on (Geoff Stults, grywający w czym popadnie) playboy, ona (Mena Suvari, lolitka z "American Beauty" i "American Pie") piękna i początkowo trzymająca się na dystans; będą więc ze sobą rywalizować i spierać się, dopóki ich serduszka nie zabiją w tym samym rytmie - ale o katastrofalny montaż, fatalną realizację i dialogi tak drewniane, że można by z nich wystrugać Pinokia. Żarty są proste lub wręcz prostackie, brak tu praktycznie humoru sytuacyjnego, zmieniają się tylko kolejne "gadające głowy" wygłaszające z założenia zabawne kwestie. To już chyba lepiej sięgnąć po archiwalne nagrania Marcina Dańca.

[Sonia Miniewicz]

"Saga Wikingów" ("Northmen - A Viking Saga"), reż. Claudio Fäh (2014)

W czasach, gdy na ekranie wszystko robi się szybciej, mocniej, więcej i za więcej, nagle do kin wchodzi "Saga Wikingów".

Zdziwienie, jakie wywołuje decyzja marketingowa dystrybutora, jest w pełni uzasadnione, bo "Saga Wikingów" nie trafiła do kin studyjnych, ale do multipleksów, które rzadko kiedy pochylają się nad niskobudżetowym kinem spoza Hollywood. I, choć to śmiałe słowa, może ten porządek rzeczy, dla dobra niewinnych widzów, którzy wybierają film po tytule, nie powinien zostać zaburzony.

Nie da się ukryć, że w kinie przygodowym pierwsze skrzypce grają pieniądze, toteż zasiadający na reżyserskim stołku Claudio Fäh - który już kilkakrotnie udowodnił, że radzi sobie na nim, delikatnie rzecz ujmując, cokolwiek średnio - oszczędzał, jak się dało: i na efektach, i na plenerach, i, niestety, na choreografii walk, co w filmie, gdzie żądni krwi mężczyźni ścierają się z imponującą częstotliwością, błyskawicznie zostaje obnażone; w żaden sposób nie tuszuje tego szybki montaż, który rwie się po każdym zadanym ciosie. Lecz nawet jeśli przymknie się oko na kulejącą stronę realizatorską przedsięwzięcia, nie da się zignorować miałkiego scenariusza, który może i przeszedłby w przypadku produkcji straight to DVD, ale na wielkim ekranie raczej zażenuje. Albo znudzi, gdyż utrzymanie napięcia i zainteresowania publiki nie jest mocną stroną szwajcarsko-niemiecko-afrykańskiej ekipy.

Bo też i fabuła wypada nietęgo - ot, kolejna banalna historia o grupie wojaków, która musi stawić czoła zastępom wroga; najpierw dostanie po tyłku, by wreszcie zmobilizować się i wziąć na niegodziwcach krwawy odwet. W ekipie, co oczywiste, zabraknąć nie może przystojnego dowódcy (Tom Hopper z "Piratów"), zadziornej dziewki (Charlie Murphy z "Love/Hate"), tajemniczego pomocnika w habicie (Ryan Kwanten z "Czystej krwi") i grupy niewyrazistych kompanów, których ewentualna śmierć nie zrobi na nikim wrażenia.

"Saga Wikingów" - zgodnie z założeniem do kin ściągnąć ma zapewne widzów popularnego serialu - cierpi na kompleks telewizyjny; bardziej przypomina jedną z przypadkowych produkcji, którą da się wygrzebać w koszu z przecenionymi płytami, niż film pierwszego sortu. Aktorzy dwoją się i troją, by wykrzesać coś ze swoich postaci i nadać dialogom choć pozory naturalności, ale nie wychodzą z tej rozpaczliwej batalii zwycięsko.

[Sonia Miniewicz]


źródło: stopklatka.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas