Aktualności

Repertuar kina Pieniny (12-18 czerwca)

Familijny "Kapitan Szablozęby i skarb piratów" oraz komedia "Rozumiemy się bez słów" to propozycje Kina Pieniny na nadchodzący tydzień. Serdecznie zapraszamy!







KUP WIOSENNY NUMER MAGAZYNU -------------------------->
BUY THE NEW ISSUE OF MAGAZINE--------------------------->








"Kapitan Szablozęby i skarb piratów"

Pozory mylą. Na pierwszy rzut oka "Kapitan Szablozęby i skarb piratów" wydaje się norweską podróbką "Piratów z Karaibów", a sam tytułowy bohater – skandynawską odpowiedzią na Jacka Sparrowa. Całkiem możliwe, że to właśnie sukces filmów z Johnnym Deppem sprawił, że producenci z Oslo wyłożyli pieniądze na najdroższy w historii ich kraju film dla dzieci. Ale kapitan Szablozęby wypłynął w swój pierwszy rejs ponad dekadę wcześniej niż Sparrow. W Norwegii jest już zresztą instytucją; jego nazwisko firmuje cykl książek, spektakle teatralne, gry komputerowe i filmy. Nic dziwnego, że Norwedzy chcieli podzielić się swoim skarbem ze światem. Charyzma ich ulubionego pirata została jednak w domu, nie przepłynie raczej przez morze. Poza granicami Norwegii Kapitan Szablozęby ma tyle uroku, ile dla Norwegów miałyby pewnie nasze filmy o Panu Kleksie. A nawet mniej.

Twórcy robią bowiem podstawowy błąd i zakładają, że tytułowy pirat nie wymaga przedstawienia. Być może każdy mały Norweg wie, kto zacz i z czym to się je. Ale z perspektywy fotela kinowego zlokalizowanego w Polsce sprawa wygląda trochę inaczej. Wszyscy w filmie mówią o Szablozębym z wielką estymą, z szacunkiem i podziwem. To celebryta korsarskiego światka, postrach mórz, władca oceanów i tak dalej. Bogacze się go boją, a pirackie dzieci marzą o majtkowaniu na jego pokładzie. Tyle że sam zainteresowany jakoś nie dorasta do własnego wizerunku. Reżyserski duet John Andreas Andersen i Lisa Marie Gamlem oraz aktor Kyrre Haugen Sydness pokazują go jako niemiłego, zadufanego w sobie typa - jakby wbrew temu, co mówią nam o nim za pośrednictwem dialogów. Choć Szablozęby daje kolejne dowody swojej ignorancji i arogancji, żadnemu z bohaterów jednak klapki z oczu nie spadają. 11-letni Paluch (Vinjar Pettersen) jak gdyby nigdy nic wciąż zabiega o uznanie kapitana i marzy o dołączeniu do jego załogi. Analogia z Jackiem Sparrowem nasuwa się sama: on też przecież stanowił jaskrawy przykład rozdźwięku między reputacją a rzeczywistością. Ale twórcy "Piratów z Karaibów" robili z tego dysonansu komediową perełkę - tutaj tymczasem temat nie istnieje. W rezultacie zaczynamy zastanawiać się, czemu w ogóle każe nam się kibicować niesympatycznym piratom, którzy zamierzają obrabować niewinne i pokojowe państewko o nazwie Lama Rama?

Kibicować zresztą nawet za bardzo się nie chce, bo film opowiedziany jest w drętwej, niezamierzenie posępnej tonacji. Niby są przygody, są żarty, są nawet sekwencje musicalowe (sam kapitan Szablozęby śpiewa na przykład o byciu piratem) – ale frajdy w nich za grosz. W charakterze gagów dostajemy głównie przyciężkawe slapstickowe numery albo dowcipy z puszczaniem bąków (więcej niż jeden, niestety). Jest też trochę topornych żartów językowych w rodzaju gry słów "zołza/zęza" albo spieniężania stereotypów o Niemcach (obowiązkowo pada słowo "Kartoffeln"). Mamy również galerię postaci złożoną z odpychających przygłupów: od tytułowego kapitana przez króla Lama Ramy, który łączy w sobie Formanowskiego Mozarta z Eltonem Johnem, po jego brata: złego do szpiku kości – oraz do bólu zęba u widza rozpoznającego na odległość garść filmowych skrótów myślowych (patrz: diaboliczny śmiech). Nawet dzieci – w zasadzie prawdziwi protagoniści, figury identyfikacji dla małych widzów – są tu jakieś drętwe i znudzone całą wyprawą. Kiedy Paluch w kluczowym momencie filmu pokonuje własny lęk, robiąc coś, co zdawało się leżeć poza zasięgiem jego możliwości, tylko się niemrawo uśmiecha. I ta apatia się udziela.

"Kapitan Szablozęby i skarb piratów" nie broni się też jako widowisko. "Największy budżet w historii norweskich filmów dla dzieci" najwyraźniej nie wystarczył na inscenizację spektakularnych scen pojedynków, bitew morskich i pogoni. Niby wiadomo: nie jesteśmy w Hollywood. Ale w filmie razi nie tyle nawet brak blockbusterowych łakoci wizualnych i wszechobecne ciasne kadrowanie, co dziwne narracyjne skąpstwo: nieskładne elipsy, luki w opowieści, nieoczekiwane przeskoki między kolejnymi fabularnymi klockami. Oto paradoks "kina pirackiego", którego fabuły tak zafiksowane są na kwestiach finansowych (chęć zdobycia jakiegoś skarbu to zazwyczaj główna motywacja bohaterów): bez epickiego oddechu i dużego budżetu nie ma co wypływać na box-office"owe morze. Problem w tym, że łatwo wtedy o kraksę: pamiętamy przecież spektakularne porażki "Piratów" Polańskiego (choć sam film się bronił) czy "Wyspy piratów" z Geeną Davis (ten bronił się już mniej). Kapitan Szablozęby nie będzie sam na dnie.

[Jakub Popielecki]

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

"Rozumiemy się bez słów"

Przez ostatnie lata francuska kinematografia upodobała sobie postacie outsiderów, którzy nieoczekiwanie okazali się zbawicielami krajowego box office"u.

Od "Nietykalnych", po "Za jakie grzechy, dobry Boże" czy "Sambę" - temat odmiennej fizyczności i tożsamości był uwikłany pomiędzy komedię a dramat, stanowił pretekst dla emancypacyjnej podróży "społecznie naznaczonego" bohatera - emigranta albo kaleki. "Rozumiemy się bez słów" częściowo wpisuje się w zarysowany schemat, ale przede wszystkim stanowi uniwersalną opowieść o trudach dojrzewania i rozpoznaniu tego wyjątkowego momentu, w którym należy wyfrunąć z domowego gniazda i zacząć żyć na własny rachunek.

Rodzina Belier jest dość specyficzna. Choć naznaczona odmiennością (składa się w większości z głuchoniemych), świetnie sobie radzi w sielankowym, wiejskim krajobrazie, gdzie zajmuje się produkcją serów i cieszy się szacunkiem otoczenia. Co ważne, upośledzenie w komunikacji nie stanowi dla Belierów przeszkody, a wręcz przeciwnie - umożliwia im dużą otwartość, niepoprawność polityczną i bezkompromisowość. Rodzina nie funkcjonowałaby tak dobrze, gdyby nie poświęcenie córki, która jako jedyna pozostaje w pełni sprawna. Choć 16-letnia Paula może bez problemów się porozumieć z rówieśnikami, pozostaje jednak zamknięta w sobie i zakompleksiona. To typ osoby, która nie potrafi wykorzystać potencjalnych atutów, a przecież wystarczyłoby, aby się uśmiechnęła, wyprostowała, nie uciekała wzrokiem, mówiła głośno i zapewne rozkwitłaby w mig. Bardzo łatwo można zidentyfikować się z bohaterką, odnaleźć w sobie wspomnienie nastoletniego zagubienia i niepewności, a może nawet - pomimo upływu lat - dalej czuć to samo co ona. Paula dysponuje także pięknym głosem, ale nie potrafi uczynić z niego zalety, dopóki nie spotka na swojej drodze ekscentrycznego nauczyciela muzyki, który pomaga dziewczynie rozwinąć olbrzymi talent. W tej sytuacji bohaterka stanie na rozdrożu pomiędzy potrzebami zaistnienia w własnym życiu, a oddaniem się problemom i ambicjom rodzinnym.

"Rozumiemy się bez słów" wygrywa bez wątpienia na poziomie metafory. Niepełnosprawność rodziny staje się pretekstem do tego, aby opowiedzieć o braku zrozumienia między pokoleniami, rodzicami a ich dziećmi, o niepewności związanej ze swoją przyszłością i o tym, że niestety trzeba opuścić część siebie, wyjść z bezpiecznej strefy, aby móc dalej się rozwinąć. Paula, choć wypowiada się przez cały film, swój głos zyskuje dopiero na końcu. Dopełnieniem dla jej emancypacji jest wrażliwy dobór piosenek kontrowersyjnego klasyka francuskiego Michela Sardou, szczególnie finalnej.

Warto zauważyć, że twórcy nie żerowali nadmiernie na niepełnosprawności rodziców bohaterki jako wehikule do wyciskania łez - ich przypadłość jest rozpatrywana raczej pod kątem komediowym (czasami, aż nazbyt dosadnie i nie do końca smacznie. Modelowym przykładem jest scena z okresem bohaterki albo wizyta matki u ginekologa). Jeśli są elementy, do których mogłabym zgłosić pretensje, to raczej kwestia konstrukcji fabuły i realizacji estetycznej filmu - cześć wątków, niby to istotnych dla rozwoju opowieści, jest w pewnym momencie porzucana [wybory ojca, rodzinne komplikacje ukochanego bohaterki] co rozwleka całość, a sama realizacja przypomina bardziej produkt telewizyjny niż kinowy, mało w nim finezji na poziomie formalnym - zdjęć czy montażu. To nie zmienia faktu, że film Erica Lartigau naznacza bardzo piękne i silne w swej prostocie przesłanie, któremu warto dać się porwać.

[Diana Dąbrowska]



źródła: filmweb.pl i stopklatka.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas