Aktualności

Repertuar Kina Pieniny (3-9 lipca)

Francuski kryminał "Marsylski łącznik" oraz elektryzujący "Jurassic World" to propozycje Kina Pieniny na nadchodzący tydzień. Serdecznie zapraszamy!






Zamów nowy numer magazynu -------------------------->
Buy the new issue of magazine--------------------------->








"Marsylski łącznik" wydaje się mieć więcej wspólnego z klasycznym kinem kryminalnym niż współczesnym kinem akcji. Oddycha atmosferą lat 70. i czerpie siłę przede wszystkim z inteligentnego scenariusza oraz wspaniałych kreacji aktorskich (m.in. Jeana Dujardina, Gilles"a Lellouchea, Céline Sallette i Benoît Magimela).

Cédric Jimenez nawiązuje do autentycznych wydarzeń, biorąc na warsztat losy rozwijającej się w Marsylii organizacji przestępczej La French, której postawił czoła sędzia Pierre Michel, uważany dziś we Francji za legendę. Wyspecjalizowała się ona w przemycie heroiny do Stanów Zjednoczonych, gdzie zresztą inną odsłonę niemal tej samej historii opowiedział we „Francuskim łączniku" William Friedkin. Pomimo oczywistego pokrewieństwa tytułów oraz podobnego wykorzystania prawdziwej historii, soczysty film Jimeneza więcej niż z kultowym dziełem Friedkina ma wspólnego z kinem Martina Scorsese i Michaela Manna. Podobieństwo ujawnia się m.in. w stylu: długich, pełnych oddechu ujęciach, skrupulatnie inscenizowanych scenach akcji i stopniowym zagęszczaniu kryminalnej intrygi. Zanurzony w klimacie lat 70. "Marsylski łącznik" zdradza też wyraźną inspirację filmami Jeana Pierre"a Melville"a. Podobnie jak u mistrza gangsterskiego kina znad Sekwany, fabuła rozwija się tu wokół twardego i bezkompromisowego bohatera, usiłującego zachować poczucie moralnego ładu w zepsutym, rozpadającym się świecie. Walczącego do końca, pomimo wysokiej ceny, jaką przyjdzie mu za to zapłacić.

Właśnie w moralnych, czysto ludzkich klęskach i zwycięstwach, wątpliwościach oraz ostatecznych wyborach ogniskuje się napięcie, jakim tętni znakomity "Marsylski łącznik" – zbudowany na dwóch pełnokrwistych postaciach, które Jimenez postawił przeciwko sobie. Po jednej stronie stoi Michel (Dujardin), sędzia działający w wydziale antynarkotykowym marsylskiej policji, mający za zadanie rozpracować siatkę przestępców stojących za La French. Drugim ogniwem konfliktu jest szef tej mafijnej grupy, Gaëtan "Tany" Zampa (Lellouche) – wszechmocny gangster, sprytnie wymykający się organom ścigania. Choć tych bohaterów zdaje się dzielić wszystko, to wiele ich też łączy – wspólne dla obu są choćby stylowa charyzma i wierność wobec zasad, od których nigdy nie robią odstępstwa. Ta zręcznie wyważona konstrukcja postaci, przemyślany scenariusz i świetne kreacje aktorskie sprawiają, że "Marsylskiego łącznika" ogląda się nie tylko jak zręcznie nakręcony film sensacyjny, lecz przede wszystkim jak psychologiczny dramat. Jeden z tych, które przywracają widzowi wiarę, że inteligentne kino akcji – nawiązujące do klasyki, a przy tym zrobione we własnym, autorskim stylu – nadal żyje i ma się dobrze.

[Magdalena Bartczak]

"Jurassic World", reż. Colin Trevorrow (2015)

Powrót na kostarykańską Isla Nublar mógł być bolesny. Zwłaszcza dla tych, którzy ponad 20 lat temu po raz pierwszy za pośrednictwem wielkiego ekranu przekraczali bramę Parku Jurajskiego.

Film Stevena Spielberga, będący adaptacją powieści Michaela Crichtona, to jedna z ikon amerykańskiego kina lat 90. i wielka frajda dla wszystkich wychowanych na Kinie Nowej Przygody. A tam gdzie ikony, siłą rzeczy pojawiają się też sentymenty. Trudno zatem oprzeć się wrażeniu, że ponowna wizyta w tym osobliwym miejscu najbardziej spodobać się może pokoleniu, które tamtego doświadczenia nie pamięta bądź po prostu nie dane było mu go poznać. Wychodzi na to, że w tym przypadku znajomość klasyki szkodzi.

Oglądając "Jurassic World", gdzieś z tyłu głowy cały czas kołatała mi się myśl, że bardziej niż o dinozaurach to film o tym, jak zmienia się świat. Park Jurajski to już nie miejsce dla miłośników survivalu, a raczej pięciogwiazdkowy wakacyjny kurort, karkołomne pomysły na miarę MacGyvera (pewnie nie wszyscy wiedzą, o kim mówię) wypierają obecne na każdym kroku rozwiązania technologiczne. Nawet stary, dobry T-Rex poszedł w odstawkę, a jego miejsce zajęła genetyczna hybryda Indominus Rex. W końcu ma być głośniej, straszniej, a wymyślenie nazwy „nowego gatunku" to już nie zadanie naukowca, a osoby odpowiedzialnej za marketing, w końcu musi brzmieć. Ot, znak czasów.

Zapominając o tym na chwilę, choć nie jest to łatwe, przyznać trzeba, że film Colina Trevorrowa to całkiem niezłe widowisko. Utrzymane w dobrym tempie, angażujące uwagę widza i, co ważne, chwilami naprawdę zabawne. Czasami intencjonalnie, czasami trochę mniej, jak wtedy gdy Bryce Dallas Howard (ekranowa Claire) daje wszystkim kobietom lekcję, jak należy biegać w szpilkach po lesie, czy gdy były marines (Chris Pratt) ma większy problem z odpaleniem samochodu niż dwaj średnio rozgarnięci chłopcy. Mnie jednak najbliżej do jednego z szeregowych pracowników, który siedzi przy komputerze w kupionej na eBayu koszulce „pierwszego" Parku Jurajskiego, a na jego biurku porozkładane są plastikowe figurki dinozaurów. „Kiedyś liczyły się dinozaury, a nie jakieś genetyczne hybrydy" - pada z jego ust. No cóż, nic dodać, nic ująć.

[Kuba Armata]

źródło: stopklatka.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas