Aktualności

Repertuar kina Pieniny (21-27 sierpnia)

Animacja "Mały Książę" oraz głośny film Tommy Lee Jonesa "Eskorta" to propozycje Kina Pieniny na nadchodzący tydzień. Serdecznie zapraszamy!







Zamów nowy numer magazynu -------------------------->
Buy the new issue of magazine--------------------------->







"Mały książę" ("The Little Prince"), reż. Mark Osborne (2015)

Idealne dla: miłośników animacji (niekoniecznie tej klasycznej) i freelancerów

Dla jednych to najważniejsza książka dzieciństwa i hołd złożony potędze wyobraźni, dla innych Paulo Coelho, tyle że dla najmłodszych. Opowiedzenie się po którejś ze stron pewnie w jakiś sposób zdeterminuje odbiór "Małego Księcia" Marka Osbornea - filmu zawieszonego pomiędzy artystyczną animacją rodem z Europy a wysokonakładową produkcją studyjną zza oceanu.

Napisana przed ponad siedemdziesięciu laty książka Antoinea de Saint-Exupéryego wydaje się być wyjątkowo trudnym materiałem dla filmowców. Specyficzna narracja i oryginalny świat przedstawiony wymagają od nich nie lada pokładów kreatywności, znalezienia wytrychu, który umożliwi adaptację, bo ta w skali jeden do jednego wydaje się być na starcie skazana na niepowodzenie. Dla Marka Osbornea, współreżysera "Kung Fu Pandy", takim wytrychem okazała się współczesna rama narracyjna, koncentrująca się wokół problemów trawiących niejednego młodego człowieka - postawić na pasję czy może chłodną kalkulację? Marzenia, wyobraźnia i indywidualność odchodzą gdzieś w zapomnienie, a zastępuje je formuła, dzięki której być może żyje się łatwiej, ale z pewnością nie tak ciekawie.

To codzienność głównej bohaterki, której każdy dzień nie dość, że wygląda tak samo, zaplanowany jest dosłownie co do minuty. Rutynę oddaje tu klasyczna, komputerowa animacja, jaką doskonale znamy z dziesiątek innych tytułów. Niby stylowa i estetyczna, ale jednak bez wyrazu i jakiegoś sznytu, pozwalającego cieszyć się tym, co widzimy. To uczucie przychodzi dopiero w momencie, kiedy zaczynamy wątpić. Alternatywny świat bohaterki i efekt przyjaźni z dobrze nam znanym Pilotem, oddany zostaje za pomocą przepięknej poklatkowej animacji, której nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie w swoim fachu.

Na dobrą sprawę dopiero wtedy przypominamy sobie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia, bo nagle przed naszymi oczyma jako żywo stają ilustracje z książki Antoinea de Saint-Exupéryego. Pozostaje jedynie żałować, że jest ich tak niewiele. Bo w czasach, gdy z jednej strony co rusz dostajemy fantastyczne propozycje od Pixara, z drugiej autorskie wizje chociażby Sylvaina Chometa czy Wesa Andersona, "Mały Książę" to jednak trochę za mało. Szkoda, że w ekranizacji książki o wyobraźni, w pierwszej kolejności właśnie jej zabrakło.


"Eskorta" ("The Homesman"), reż. Tommy Lee Jones (2014)

Idealny dla: miłośników filmu "Zaginione", "Trzy pogrzeby Malquiadesa Estrady" oraz fanów Hilary Swank - to jedna z jej najlepszych ról

"Eskorty" nie ogląda się łatwo. To film surowy, trudny w odbiorze i przepełniony smutkiem. Nowy obraz Tommyego Lee Jonesa jest jednak w tym wszystkim niezwykle piękny - klasyczny, prosty, wręcz elegancki.

Film reklamowany jest przez twórców jako feministyczny western. Rzeczywiście, choć reżyser sięga czasem po typowe dla gatunku motywy, a także operuje wręcz podręcznikową formą, nadaje "Eskorcie" pewną nową jakość. W centrum stawia przysłowiową słabą płeć, na czele z pewną siebie, acz bardzo samotną Mary Bee Cuddy (Hilary Swank). Podejmuje się ona zadania, które wystraszyło niejednego mężczyznę - przewiezienia z Nebraski do Iowa trzech niepoczytalnych kobiet. Pomoc uratowanego od śmierci pijaka Briggsa (w tej roli sam reżyser) nie zdaje się na wiele - warunki są trudne, droga niebezpieczna, a Mary Bee coraz bardziej sprawia wrażenie, jakby sama była o krok od histerii...

Mimo że "Eskorta" podejmuje temat szaleństwa, film ma spokojne tempo, odmierzane długimi, urzekającymi ujęciami. Widać, że Jones starannie komponował każdy kadr i w tym tkwi wielka siła jego dzieła. Nie lada sztuka stworzyć scenę, w której teoretycznie nic się nie dzieje, a jednak mówi więcej niż potok słów.

Po raz trzeci sięgając po konwencję westernu, tym razem reżyser stara się zwrócić uwagę na tych, dla których rozwijająca się Ameryka daleka była od raju na ziemi. Odziera Dziki Zachód z mitu - prezentuje własną wizję tego miejsca, i choć długo lawiruje między tragedią a komedią, nie ulega wątpliwości, że to obraz gorzki, miejscami wręcz brutalny w swoim realizmie. To właśnie jest tym, co wyróżnia "Eskortę" na tle innych filmów gatunku. Bo czy to tak do końca feministyczny western... Wielu widzów z pewnością by z tym polemizowało. Każda z trzech niepoczytalnych kobiet to istoty bierne, zależne najpierw od mężów, a potem od Briggsa i Mary Bee. Pogrążone w apatii, nie są w stanie same załatwić nawet podstawowych potrzeb fizjologicznych. A bohaterka Swank, choć pozornie silna i niezależna, tak naprawdę wręcz desperacko szuka kogoś, z kim będzie mogła dzielić życie. Bojąc się upływającego czasu, daje się upodlić, by dostać choć namiastkę tego, o czym kiedyś marzyła.

Dwójka głównych postaci to świetne kreacje aktorskie. Bryluje zwłaszcza Swank. Po raz kolejny wciela się ona w twardą kobietę, która skrywa drugie, delikatne oblicze, jednak daleko jej do gry na aktorskim autopilocie. To oszczędna, ale niezwykle przejmująca rola - zdecydowanie jedna z najlepszych w jej dorobku. A w końcu mowa o dwukrotnej zdobywczyni Oscara... To Mary Bee jest sercem "Eskorty", i gdy w pewnym momencie uwaga reżysera skupia się na Briggsie, film z minuty na minutę staje się mniej interesujący. Nie pomagają starania Jonesa, który w końcówce zachwyca przekazem, czy nawet epizod Meryl Streep. Widz nie doznaje satysfakcji. Ale... paradoksalnie to jedna z zalet tego opartego na skrajnościach filmu.

źródło: stopklatka.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas