Aktualności

Repertuar Kina Pieniny (16-22 października)

Komedia obyczajowa "Panie Dulskie" oraz dokument Mirosława Krzyszkowskiego "Pilecki" to propozycje Kina Pieniny na nadchodzący tydzień. Serdecznie zapraszamy!

KUP MAGAZYN PIENINY ------------------------------------------------>

"Panie Dulskie"

Obiegowy sąd na temat "Moralności pani Dulskiej" głosi, że sztuka Gabrieli Zapolskiej jest wiecznie aktualna. Mówi się, że uosabiana przez tytułową bohaterkę dulszczyzna nie jest postawą ekskluzywną dla mieszczaństwa-kołtuństwa z epoki; że dulszczyzna jest wiecznie żywa. A najlepszym dowodem jest fakt, że "Moralność…" wciąż bywa wystawiana i śmieszy, ponad 100 lat po premierze. Filip Bajon albo się z tezą o aktualności tekstu nie zgadza, albo uznał, że dziś oryginał wymaga co najmniej uzupełnienia. To w jego stylu: w "Ślubach panieńskich" dał bohaterom do rąk telefony komórkowe i kolorowe czasopisma, tutaj idzie jeszcze dalej. "Panie Dulskie" są zarazem ekranizacją książki, wariacją na jej temat i ciągiem dalszym. A reżyser formułuje karkołomne przesłanie o dulszczyźnie, która przepoczwarzyła się w antydulszczyznę, ale wciąż dulszczyzną pozostała. Innymi słowy: odświeża, by nie odświeżyć, odsłania, by nie odsłonić, a pod cienką warstewką świeżej farby kryje zakurzone truizmy. Miało być coś nowego, a jest stara dobra Aniela w swoim salonie. Iście po "dulskiemu".

W finale filmu – zatem znacząco! – kamera płynie przez lotnisko i zatrzymuje się na szyldzie "nic do oclenia". Bajon ewidentnie mierzy ten zwrot na ironiczne podsumowanie losów tytułowej familii. I faktycznie: Aniela Dulska (Krystyna Janda) prowadzi swój dom w myśl zasady "byleby się nie mówiło", wszelkie brudy pierze w sekrecie. Córka (Katarzyna Figura) wydaje się iść w jej ślady, choć za młodu była – jak twierdził jej brat – "najmożliwsza" z całej rodziny. Ale już kolejna Dulska w kolejce, Melania (Maja Ostaszewska), to – na pierwszy rzut oka – czarna owca rodu. Wypomina matce, że Dulscy nie walczyli w podziemiu, nie zapisali się do Solidarności, a o Holokauście wiedzą z filmu. Sama jest reżyserką, chce nakręcić film o rodzinnej tajemnicy sięgającej dwa pokolenia wstecz. "Teraz trzeba intymnie", "ekshibicjonizm to wielkie moralne osiągnięcie ostatnich lat", mówi. To ona wprawia w ruch narracyjną machinę Bajona, która cofa nas w czasie do salonu Anieli z początków XX wieku.

Ale choć oryginalna pani Dulska nie miała "nic do oclenia", a jej prawnuczka chciałaby oclić, co tylko się da, Bajon pokazuje, że w zasadzie są one takie same. Zarówno patologiczna hipokrytka, jak i patologiczna ekshibicjonistka nie podarują grosza mijanej na ulicy żebraczce. Nowa dulszczyzna jest starą dulszczyzną, bo w żadnej z pań Dulskich nie ma ani grama empatii? Coś w ten deseń. Nawet jeśli zdradzam tu myślową puentę filmu, to nie mam poczucia, że sprzedaję spoiler. Bo ta maskarada jest grubymi nićmi szyta i boleśnie przewidywalna. Co gorsza, Bajon sam pozbawiony jest empatii, wciąż patrzy na swoje bohaterki z góry. W konwencji czystej satyry może by to jeszcze uszło. Ale on inscenizuje historię Dulskich na opowieść z dreszczykiem, jakby była tu gdzieś zagadka do rozwiązania, prawda do odkrycia. Ostateczną tajemnicą filmu okazuje się jednak… brak tajemnicy. A krytyka Bajona idzie po linii najmniejszego oporu. W intencji twórcy postać Melanii ma wyśmiewać tendencje współczesnego kina do nad-pokazywania, do wybebeszania, do odrzucania dobrego smaku. Na konferencji prasowej (podczas festiwalu w Gdyni) reżyser wymienił Ulricha Seidla jako prowodyra tendencji, która w "Paniach Dulskich" postawiona jest pod ścianą. Tyle że Seidl – choć tapla się w brzydocie i podłości – jakimś cudem zachowuje otwartość na drugiego człowieka, na całą rozpiętość skali ludzkich słabostek. Bajon z kolei piętnuje z automatu. Przepisuje tezę od Zapolskiej, robi czary-mary, wywraca ją o 360 stopni i wraca do punktu wyjścia.

Trzeba jednak przyznać, że zainscenizowane jest to z pomysłem. Kamera krąży po korytarzach domu Dulskich, kreśli esy-floresy, odbija i zwielokrotnia obraz w lustrach, zlewając ze sobą kolejne płaszczyzny czasu. Mieszkanie Dulskich przypomina Labirynt. Problem w tym, że nie ma w nim żadnego Minotaura – nigdy zresztą być nie miało. Bohaterka sztuki Zapolskiej to przecież postać komediowa, a nie horrorowa. I Bajon niby o tym wie. Janda – jak zwykle dobra – jest przecież u niego Dulską kanoniczną, wzorcową; raczej śmieszną niż straszną. A mimo to reżyser wciąż mami nas widmem owego sekretu z przeszłości, zsyła na Anielę wizje rodem ze "Lśnienia", daje nam nawet krwawiące drzwi (!). Kiedy na końcu odsłania kurtynę i mówi "a ku ku", jest jednak ewidentnie świadom, że nadużył naszego zaufania. Dlatego desperacko każe Ostaszewskiej nie dowierzać. Jakby w imieniu widzów. Jakby miało go to rozgrzeszyć.

Rozgrzeszyć reżysera mógłby chyba tylko humor, ale okazji do śmiechu jakoś tu niewiele. A już na pewno mniej, niż można by się spodziewać, mając w pamięci literacki pierwowzór. Bajon oczywiście pożycza część gagów i dialogów od Zapolskiej. Pamiętajmy jednak, że komizm "Moralności…" sprofilowany był tak, by śmiech nieraz wiązł nam w gardle – z oburzenia, obrzydzenia i tym podobnych. Tutaj też więźnie, ale z bardziej prozaicznych powodów. Nie bawią kolejne przebieranki aktorów, nie bawi zaklęty krąg historii Dulskich. Po birbancie Sebastianie Fabijańskim przychodzi kolejny birbant Mateusz Kościukiewicz, potem dorasta i, zdziecinniały, choć siwy, w dresiku i na rowerku, planuje karierę polityczną. Ubaw po pachy. Jak wiadomo, tragedia ma w zwyczaju wracać jako farsa. Bajon w "Paniach Dulskich" odwraca ten porządek. Z farsy Zapolskiej robi tragedię niezagadkowych tajemnic i nieśmiesznych żartów.

"Pilecki"

Mimo szczerych chęci, trudno mi uzasadnić fakt powstania "Pileckiego". To naftalinowy, fabularyzowany dokument, który z racji swojej anachronicznej formuły, a także inscenizacyjnej nieudolności twórców nie zadowoli ani entuzjastów kina faktu, ani pasjonatów kina w ogóle. Oczywiście, Pilecki zasługiwał na film, można powtarzać ten frazes w nieskończoność. Podobnie jak ten, że zasługiwał na kino hollywoodzkie, w którym – abstrahując od walorów wysokobudżetowego widowiska – odnajdujemy człowieka za parawanem mitu.

Pobożne życzenia. To, co dostajemy, ma się nijak do fantazji o kinie zarazem rozliczeniowym i mitotwórczym, pełnym patosu i przekornym. Rotmistrz Witold Pilecki walczył z bolszewikami w trakcie Bitwy Warszawskiej i z Niemcami w kampanii wrześniowej. Infiltrował jako ochotnik obóz w Auschwitz, organizował tam ruch oporu, wreszcie – uciekł i zlecił jeszcze kilka ucieczek, w tym najsłynniejszą, gdy oficerowie polskiej armii w pełnym umundurowaniu esesmanów wywieźli z obozu tajne dokumenty Związku Organizacji Wojskowej. Twórcy filmu pozbierali te oraz inne fakty, zaś resztę – czyli intymną perspektywę bohatera, emocjonalne jądro filmu – potraktowali jak kłopotliwy balast. W efekcie "Pilecki" to adaptacja notki z encyklopedii, w której cała warstwa fabularna jest w najlepszym wypadku tautologią, a w najgorszym – popisem realizacyjnej miernoty.

Budżetowe braki kłują w oczy, lecz nie są wcale najgorsze. Wprowadzanie w akcję za pomocą za archiwaliów czy fotografii jest niezłym pomysłem, podobnie zresztą jak częste skupianie się na bliskich planach oraz twarzach bohaterów. Problemy wynikają raczej z przyjętej przez twórców strategii artystycznej. Część stricte dokumentalna, z gadającą głową Andrzeja Pileckiego, syna Witolda, jest po prostu nudna, materiał sprawia wrażenie, jakby zmontowano go na kolanie, bez jakiejkolwiek dramaturgicznej ramy. Część fabularyzowana – koszmarnie zagrana, z tragicznie podawanym offem – to tylko imitacja kina, przywodząca na myśl telewizyjne rekonstrukcje. Wspomniane warstwy narracyjne nie pracują na siebie, nie stanowią żadnego kontrapunktu, to dwa oblicza tej samej hagiografii. Skojarzenia religijne są zresztą na miejscu. Nachalne cytaty z "O naśladowaniu Chrystusa" autorstwa Tomasza z Kempis przypominają o tym, że twórcy raczej nie planowali podnosić się z kolan. I naprawdę niewiele zmienia tu fakt, że była to lektura, którą bohater Pilecki zaraził swojego syna.

Patriotyzm oraz imperatyw działania były w życiu Pileckiego tak silne, że naprawdę nie potrzeba wiele, by zbudować wokół niego wielką narrację. Film Mirosława Krzyszkowskiego, pozbawiony jakiegokolwiek autorskiego stempla i artystycznej wrażliwości, jest tylko wątpliwej jakości kinem oświatowym. Nawet jeśli nie przekroczyliście progu kina, już go widzieliście.

filmweb.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas