Aktualności

Repertuar Kina Pieniny (23-29 października)

Fascynująca historia wspinaczki na najwyższy szczyt świata "Everest" oraz dramat biograficzny "The walk" to propozycje Kina Pieniny na nadchodzący tydzień. Serdecznie zapraszamy!

KUP MAGAZYN PIENINY -------------------------------------------->

EVEREST

Wiosna 1996 roku. Doświadczony alpinista Rob Hall (Jason Clarke) organizuje kolejną wyprawę na Mount Everest. W niebezpiecznej wędrówce może wziąć udział każdy, komu ciąży akurat w portfelu kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Pod skrzydła bohatera trafiają m.in. chełpliwy Teksańczyk (Josh Brolin), listonosz-fajtłapa (John Hawkes) oraz japońska bizneswoman (Naoko Mori), która hobbystycznie wspina się na ośmiotysięczniki. Bogowie zdają się sprzyjać śmiałkom: pogoda dopisuje, ekwipunek działa bez zarzutu, a serwowane wieczorami procenty pozwalają odreagować trudy podróży. Na ośnieżonym dachu świata, gdzie rozrzedzone powietrze, niskie ciśnienie i jeszcze niższe temperatury tworzą morderczą mieszankę, przygoda życia może się jednak szybko zamienić w dreszczowiec. Jak mówi jedna z postaci: ostatnie słowo zawsze należy do góry.

Reżyser Baltasar Kormákur stąpa po kruchym – nomen omen – lodzie. Relacjonując prawdziwą, a przy tym tragiczną w skutkach ekspedycję, powinien oddać hołd jej uczestnikom. Pochwalić odwagę, hart ducha i niezłomność w obliczu zagrożeniu. Problem w tym, że bohaterowie nie są odkrywcami jak Amundsen czy Mallory, nie kieruje też nimi (może z wyjątkiem postaci Hawkesa) żadna świetlista idea. Jedni ryzykują życie dla pieniędzy. Inni, aby zaspokoić głód sportowej rywalizacji lub adrenaliny. I choć większość zapewnia, jak wiele znaczy dla nich rodzina, w praktyce niespecjalnie liczą się z jej uczuciami. Twórca "Kontrabandy" oparł się na szczęście pokusie, by skąpać "Everest" w deszczu łez. Choć w filmie znalazły się sceny obarczone dużym ładunkiem emocjonalnym (patrz: telefoniczne rozmowy Halla z ciężarną żoną), górę biorą obrazy zimnego okrucieństwa sił natury. Najwyraźniej widać je w scenach śmierci bohaterów – wystarczy silny podmuch wiatru albo jeden nieostrożny krok, by w ułamku sekundy przenieść się stąd do wieczności. Bez slow motion i łkających smyczków na ścieżce dźwiękowej.

Sposób, w jaki Kormákur opowiada tę historię, niewiele ma wspólnego ze współczesnym kinem katastroficznym. Nieśpieszna narracja, stonowany melodramatyzm i nakręcone bez pomocy CGI sceny akcji przywodzą raczej na myśl filmy z lat 70. Alpiniści nie są tu herosami większymi niż życie. To raczej grupa przeciętniaków, w których odzywa się pierwotny odruch przetrwania za wszelką cenę. Owszem, portrety psychologiczne i relacje wewnątrz grupy są ledwie naszkicowane i niewolne od klisz. Świetni aktorzy potrafią jednak tchnąć w nie życie. W punkt są wybory obsadowe: zamiast wymuskanych hollywoodzkich przystojniaków reżyser zatrudnił ludzi o prezencji zbliżonej do ekipy budowlanej z Pruszkowa. Najbardziej odstający od towarzystwa Jake Gyllenhaal używa skutecznego kamuflażu w postaci długiej, zaniedbanej brody.

"Everest" będzie pewnie jednym z przyszłorocznych oscarowych faworytów w kategoriach technicznych. Podziw budzą zarówno piruety kamery Salvatorego Totino, jak i sugestywne efekty dźwiękowe. To dzięki nim w najlepszych momentach dzieło Kormákura ogląda się jak slasher, w którym mordercę z maczetą zastępuje nieokiełznany żywioł. Trudno wyobrazić sobie inne niż kino miejsce, gdzie można by obejrzeć "Everest". To jeden z tych filmów, w których rozmiar ekranu naprawdę ma znaczenie.

autor: filmweb.pl (Łukasz Muszyński)


THE WALK

Nie możesz okazywać pychy – radzi głównemu bohaterowi "The Walk" cyrkowy wyga Papa Rudy. Chełpiąc się talentem, działasz na własną niekorzyść, podkopujesz swój spektakl – naucza dalej grany przez Bena Kingsleya mentor. Innymi słowy: artysta musi zamanifestować pokorę. To cenna uwaga, co więcej: wygłoszona pod właściwym adresem. Trudno bowiem o kogoś bardziej nadętego niż Philipe Petit (Joseph Gordon-Levitt) – człowiek, który w 1974 roku przeszedł na linie rozpiętej między wieżami World Trade Center. Ale te złote myśli brzmią dość dziwnie w filmie nakręconym jakby na przekór wskazówkom Papy Rudy’ego. Czego jak czego, ale akurat pokory nie znajdziemy w produkcji zapowiadanej sloganem "tego jeszcze nie widzieliście". Chyba że za "pokorę" weźmiemy protekcjonalny ton, z jakim Robert Zemeckis opowiada swoją historię. Jakby zwracał się do dzieci, którym trzeba objaśnić każdy centymetr kolosalnego imaksowego ekranu.

Zemeckis oczywiście pożycza sobie ten zabieg z oscarowego dokumentu "Człowiek na linie". Petit we własnej osobie relacjonował tam przebieg swojej szalonej akcji. I miało to sens, komentarz bohatera uzupełniał bowiem braki w obrazie. W latach 70. nie było przecież na szczycie WTC nikogo z najnowocześniejszą kamerą, kto mógłby uwiecznić popis Petita w "ekscytującym" 3D. Zemeckis nie wykorzystuje jednak swojej przewagi; tego że ma w zanadrzu operatora Dariusza Wolskiego i zastęp speców od efektów specjalnych, że może pokazać spacer Petita w pełnej krasie. A w zasadzie wykorzystuje, ale wciąż mu mało. Gdyby poprzestał na wywołaniu zawrotów głowy u siedzących sobie wygodnie w fotelach widzów – wszystko byłoby w porządku. Reżyser nie pozwala jednak przemówić samym obrazom. Każe bohaterowi komentować każdy swój krok i każde zawahanie. Jakby tytuł filmu nie brzmiał "The Walk", tylko "The Talk".

Nadgorliwością grzeszy też sam Gordon-Levitt. W "Człowieku na linie" widać, że prawdziwy Philippe Petit to Francuz przez olbrzymie "F", postać zaiste "większa niż życie". Aktor niestety bierze to za dobrą monetę. W rezultacie jego Petit jest tak "francuski", że brakuje mu już tylko bagietki pod pachą. To Francuz rodem z karykatury, z kreskówki. Podobnie jest zresztą z całym filmem. Zemeckis reżyseruje "The Walk" niczym animację dla najmłodszych: wszystko jest tu jaskrawe, krzykliwe i przeestetyzowane. Wystarczy wspomnieć, że Levitt opowiada swoją historię ze szczytu Statui Wolności, niczym jakiś – nie przymierzając – animek. A retrospekcja ukazująca paryskie perypetie bohatera zrealizowana jest w konwencji slapsticku, w jakże "paryskiej" czerni i bieli. Zgoda, "The Walk" to wizualny cukierek. Ale w tych wszystkich efektownych sklejkach, popisowych ujęciach i inscenizacyjnych perełkach gubi się życie. Jest za słodko, za łatwo. Jakby Zemeckis za dużo czasu spędził w tzw. dolinie niesamowitości (uncanny valley) na cyzelowaniu komputerowej animacji "Ekspresu polarnego" i "Opowieści wigilijnej".

Co gorsza w "The Walk" gubi się też idea tytułowego spaceru. Reżyser ewidentnie celuje w apologię "american dream", wychodzi mu jednak raczej przestroga przed mitologią USA, mogącą inspirować rozmaite wariactwa. Autor powtarza górnolotne argumenty Petita o tym, że "wieże go wzywają", że "wieże przemówiły". Ale sam film jest zaledwie sprawozdaniem ze stanu rozbuchania ego bohatera. Trudno tu o scenę – trudno o linijkę dialogu! – w której Francuz nie chełpiłby się swoim marzeniem. Zemeckis jest oczywiście świadomy problemu i stara się go obejść. Akcentuje to, że akt bywa większy od wykonawcy; że wspólnicy idą za bohaterem pomimo (!) jego nieznośnego charakteru. Wkłada nawet w usta Petita małe "mea culpa". I momentami udaje mu się nas porwać. Ale raczej dzięki temu, że uruchamia niezawodną konwencję "heist movie" i pokazuje wyczyn Francuza niczym regularny napad na WTC. Bo sam bohater pozostaje irytujący, a jego marzenie jakoś nie chce się nam udzielić. Są tu tylko chwile, w których reżyser potrafi sprzedać niepokorność Francuza. Kiedy balansujący na linie Petit drwi sobie z próbujących go schwytać policjantów, faktycznie wyrasta na anarchicznego herosa, klawo wypinającego się na władzę. Tyle że czar zaraz pryska, bo Zemeckis puszcza nam "Dla Elizy" Beethovena i zsyła Petitowi cyfrowego gołąbka pokoju (a może tylko zwykłą mewę?), który patrzy mu głęboko w oczy. Kiczem trąci też finałowe requiem dla Twin Towers – brakuje tylko odgłosu nadlatujących samolotów. Ale i tak mamy katastrofę.

autor: filmweb.pl (Jakub Popielecki)

Aktualny numer

Dołącz do nas