Aktualności

Repertuar Kina Pieniny (11-17 grudzień)

Animacja "Święty Mikołaj dla wszystkich" oraz dramat przygodowy "W samym sercu morza" to propozycje Kina Pieniny na nadchodzący tydzień. Serdecznie zapraszamy!

KUP MAGAZYN PIENINY -------------------------------------------->

"Święty Mikołaj dla wszystkich"

Już w pierwszych scenach holenderskiej animacji widać, że dla jej twórców – Albertta Hoofta i Paco Vinka – punktem odniesienia były stare, rysunkowe bajki Disneya, takie jak "Zakochany kundel" czy "Piękna i bestia". Jest tu ta sama kreska, podobne kolory, piosenki, magiczny świat oraz nieskomplikowany, mądry przekaz. Autorzy "Świętego Mikołaja dla wszystkich" nie kopiują jednak pomysłów studia tylko po to, by przypodobać się widzowi. W ich pracy widać dużo autentycznej pasji i miłości do klasycznych animacji. Osoby ceniące szczerość i prostotę powinny to docenić, szczególni ci, którzy na Disneyu się wychowywali. Maluchy natomiast będą mogły się przekonać, że do udanej zabawy wystarczą subtelne środki wyrazu.

W domu małego chłopca Maxa mieszka mnóstwo zwierząt: pies, kot, królik, kanarek i żółw, a nawet patyczak. Jest też fretka o imieniu Fredek, który swoją niesfornością przypomina Piotrusia Pana – ciągle che się bawić i niczego się nie boi. Kiedy straci swój pojazd – źródło największej radości – zapragnie nowiutkiego auta. Na jego szczęście zbliża się Wigilia i czas prezentów; na jego nieszczęście Święty Mikołaj nie rozdaje podarków zwierzętom. Fredek postanawia to zmienić. Razem z najwierniejszymi przyjaciółmi wyrusza więc na spotkanie z Mikołajem.

Za sprawą charyzmatycznego głównego bohatera "Święty Mikołaj dla wszystkich" tętni życiem. Fredek może być pod wieloma względami wzorem dla małoletnich widzów, którzy na pewno polubią go za jego przebojowość i kreatywność. Jest w jego postawie też coś pouczającego – jako niepokorny idealista sięga po coś, o czym jego towarzysze boją się nawet myśleć, i nie myśląc o konsekwencjach, osiąga swój w założeniu nieosiągalny cel. A to może tchnąć w dzieci wiarę, że po marzenia warto sięgać, nawet gdy inni uważają, że im się nie uda. Ale Fredek ma też cechy, za które zostaje w bajce zganiony – to egoizm i brak lojalności. Zarówno on, jak i maluchy dowiedzą się, że prawdziwa przyjaźń wymaga czasem poświęceń. To jedna z mądrzejszych lekcji, jakich można udzielić dziecku.

"Święty Mikołaj dla wszystkich" jest bajką szczególnie lubianą w kraju jej powstania. Twórcy zadbali o to, by holenderscy widzowie znaleźli w niej sporo odniesień do swojej narodowej kultury – jak na przykład rzeźbę stworzoną przez jedną z pierwszych holenderskich animowanych postaci czy bardzo typowy port rybacki. Polscy widzowie co prawda nie wyłapią takich smaczków, ale wciąż pozostanie im odkrywanie nawiązań do klasyków sprzed lat (np. jeden z bohaterów do złudzenia przypomina Pana Płomyka z "Pięknej i Bestii", tylko że jest patyczakiem). A to może okazać się satysfakcjonującą rozrywką.

"W samym sercu morza"

Owen Chase, pierwszy oficer statku wielorybniczego Essex, przed wyruszeniem w morze składa swoim armatorom obietnicę, że przywiezie im dwa tysiące beczek wielorybiego oleju. Nie ma powodu, by mu nie wierzyć: Chase, obdarzony tubalnym głosem, mocarną sylwetką i zawadiackim urokiem Chrisa Hemswortha, to ewidentnie facet, który nie rzuca słów na wiatr. Inna sprawa, że widz już od pierwszych minut "W samym sercu morza" wie, że wyprawa nie pójdzie po myśli marynarza. Doświadczenie doświadczeniem, charyzma charyzmą, a ironia dramatyczna rządzi się swoimi prawami: Ron Howard musi najpierw posadzić swojego bohatera na wysokim koniu, by tym efektowniej móc go z niego zrzucić. Żart polega na tym, że losy Chasea i Howarda są w tym wypadku nieco zbyt zbieżne.

Howard, kapitan statku pod tytułem "Wysokobudżetowa produkcja dużego studia filmowego", rownież wydaje się przecież właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. I też chyba naobiecywał swoim mocodawcom – a w dalszej perspektywie również widzom – nieco za dużo. Nie ma jednak sensu wyliczanie wszystkich "beczek", jakie miał "dostarczyć" reżyser. To nie w ich liczbie tkwi problem (zresztą za dużo to czasem w sam raz, o czym uczy nas przykład zainspirowanego tragedią Essex "Moby Dicka" Hermana Melvillea). Problem w tym, że cele, jakie postawił przed sobą Howard, są sprzeczne. Bo "W samym sercu morza" ma być zarazem imponującym widowiskiem 3D i opowieścią o horrorze, którego doświadczyli załoganci pechowego okrętu Essex. A kinowy spektakularyzm nie idzie raczej w parze z kinowym turpizmem. Howard chce jednocześnie uwznioślać oraz obnażać, a w efekcie gubi się na morzu razem ze swoimi bohaterami.

Naczelnym tematem "W samym sercu morza" jest motyw testowania granic i docierania do prawdy o człowieku. W ramie narracyjnej pisarz Herman Melville (Ben Whishaw) odwiedza ostatniego członka załogi Essex, Thomasa Nickersona (Brendan Gleeson), i prosi go, by ten rozwiał wątpliwości narosłe wokół felernego rejsu. Prawda nie wyszła bowiem na jaw, a sam Nickerson dławi w sobie wspomnienia piekła, które przeżył. Jego spowiedź będzie miała charakter terapeutyczny. Melville znajdzie w niej zaś inspirację dla swojego opus magnum.

Ta atencja, jaką Howard darzy "prawdę", dziwi o tyle, że twórca podaje nam ją pod płaszczykiem hollywoodzkiego mitu. Zgoda: już książkowy "Moby Dick" Melvillea stanowił specyficzne połączenie niemal encyklopedycznego zapału do faktografii z iście romantyczną emfazą. Tyle że "romantyzm" Howarda to raczej romantyzm widowiska sprzed pół wieku niż jakiś współczesny odpowiednik kina kręconego z sercem i rozmachem. Nie kojarzy się z czymkolwiek, co uznajemy za filmowy odpowiednik "prawdy". Bliżej tu do "Buntu na Bounty" (tego z lat 60.) niż – dajmy na to – "Pana i władcy: Na krańcu świata". Jest nawet podobny wątek konfliktu między pierwszym oficerem, "naszym człowiekiem" (Hemsworth), a arystokratycznie aroganckim kapitanem (Benjamin Walker).

Rodem z kina "z epoki" jest jednak przede wszystkim "studyjna" wizualna otoczka. Cała ta machineria X muzy – filtry barwne, efekty specjalne, ewidentny green–screen – nie tworzy przekonującej iluzji rzeczywistości. Hemsworth i jego załoga wydają się żeglować po planie filmowym, a nie po bezkresach oceanu. Dlatego jeśli miałbym pokusić się o stylistyczne porównanie z jakąś współczesną produkcją, to stawiałbym na… "Piratów z Karaibów". Czyli film, który nie ma absolutnie żadnych pretensji do "prawdy", o pozarozrywkowych o ambicjach nawet nie wspominając. W przeciwieństwie do "W samym sercu morza".

O tych ambicjach filmu Howarda świadczy choćby obecność wzniosłego cytatu z Hawthornea w napisach końcowych. Świadczy o nich też poświęcenie Hemswortha, który zrzucił do roli sporą część masy, jaką przybrał na potrzeby kolejnych części "Thora". Ładnie z jego strony – szkoda tylko, że ślad drakońskiej diety gwiazdora znajdziemy góra w pięciu minutach filmu. To zresztą tylko jeden z wielu zawodów, jakich dostarcza produkcja. Bo jeśli ktoś – skuszony zwiastunami – liczył na przykład, że dostanie emocjonującą opowieść o polowaniu na wieloryba–giganta, ten również się rozczaruje; kaszalota tu tyle, co kot napłakał. Jest za to – jak już wspomniałem – niewidowiskowe widowisko i nieprzekonujące świadectwo. Czyli kolejny dowód na to, że Ron Howard tylko raz na jakiś czas potrafi wznieść się ponad przeciętność (udało mu się we "Froście/Nixonie" i "Wyścigu"). Tym razem utrzymał jedynie hollywoodzką średnią, bo "W samym sercu morza" ani ziębi, ani grzeje. Ledwo, ledwo utrzymuje głowę nad powierzchnią wody.

źródło: filmweb.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas