Aktualności

Repertuar kina Pieniny (17-23 kwietnia)

Thriller "Gunman: Odkupienie" oraz dramat "Motyl Still Alice" to propozycje kina Pieniny na okres od 17 do 23 kwietnia. Czy warto się na nie wybrać? Zapraszamy do sprawdzenia recenzji.







KUP NOWY WIOSENNY NUMER MAGAZYNU ----------------->
BUY THE NEW ISSUE OF MAGAZINE---------------------------->









"Gunman: Odkupienie", reż. Pierre Morel (2015)

Od ładnych kilku lat zaobserwować można tendencję, która każe podstarzałym aktorom zgrywać twardzieli w filmach akcji. Wpierw był (i jest) Liam Neeson między innymi w trzech częściach "Uprowadzonej", potem dołączyli do niego Kevin Costner ("72 godziny") oraz Pierce Brosnan ("November Man"). Teraz przyszedł czas na Seana Penna, który zagrał główną rolę w filmie Pierre Morela (zresztą reżysera "Uprowadzonej") - "Gunman: Odkupienie".

James Terrier pracował kiedyś w Demokratycznej Republice Kongo przy ochronie budowy lotniska. Oprócz tego miał też inne obowiązki, a jednym z nich stało się zamordowanie tamtejszego ministra gospodarki. Po akcji musiał szybko ewakuować się z kraju, zostawiając w nim ukochaną Annie. Chcąc odkupić winy wraca do Afryki, gdzie staje się celem ataku. Okazuje się, że jego dawny zleceniodawca planuje pozbyć się wszystkich niewygodnych świadków wydarzeń sprzed lat.

Fabuła "Gunman: Odkupienie" jest tak oklepana, że każdy widz, po przeczytaniu powyższego zarysu historii, będzie w stanie rozpisać kolejne wątki, zwroty akcji, łącznie z zakończeniem. Twórcy filmu próbują przy okazji przemycić wypowiedź na temat złych korporacji, które zdobywają wpływy i pieniądze w Afryce przy pomocy krwawych metod. O tym fragmencie nie da się nawet napisać, że jest ledwie naszkicowany. Podejrzewam, że większość odbiorców nawet nie zwróci na to uwagi. Wiadomo przecież, że chodzi przede wszystkim o mordobicie. A to wypada zaskakująco słabo. Raz, że scen akcji jest stosunkowo mało, dwa, że nakręcone są bardzo słabo. Najgorzej wypada zamach na Terriera z początku filmu, który ma złe tempo, zbyt blisko ustawioną kamerę oraz nieudolny montaż.

Litanię zarzutów można by ciągnąć jeszcze długo. Dodam tylko, że w "Gunman: Odkupienie" leżą także bohaterowie. Terrier w interpretacji Penna jest całkowicie nijaki, aktor ogranicza się do dwóch przeplatających się z sobą min - wściekłej oraz cierpiącej. Nieco lepiej wypadają postaci drugoplanowe, jak Felix (Javier Bardem) czy Stanley (Ray Winstone), ale pojawiają się one na ekranie zdecydowanie za rzadko. W efekcie nie ma za bardzo z kim się zżyć, co przekłada się na brak zaangażowania w opowiadaną przez twórców historię.

"Gunman: Odkupienie" jest więc kolejnym, po chociażby "72 godzinach", filmem akcji, który jeśli zostanie zapamiętany, to wyłącznie ze względu na swoją wtórność. Myślę jednak, że najlepszym wyborem będzie zignorowanie go, z nadzieją, że twórcy jeszcze kiedyś odkupią swoje winy.

[Jędrzej Dudkiewicz]


"Still Alice", reż. Richard Glatzer (2014)

Do pięciu razy sztuka! Po czterech nominacjach Julianne Moore w końcu doczekała się swojego Oscara. Trzeba przyznać, że to bardzo zasłużona nagroda.

Ma na imię Alice. Właśnie skończyła 50 lat, świętując swoje urodziny wraz z bliskimi w dobrej nowojorskiej restauracji. Świetnie wygląda, nie narzeka na brak pieniędzy i odnosi sukcesy w pracy na uniwersytecie - wykłada lingwistykę i jest jednym z lepszych specjalistów tej dziedziny. Podczas gościnnej prelekcji zapomina jednak istotnego słowa. Potem gubi się w trakcie joggingu. Zaczynają mylić jej się imiona, coraz częściej nie pamięta o umówionych spotkaniach. Niby błahostki, ale diagnoza lekarza jest jednoznaczna - kobieta cierpi na nietypową odmianę choroby Alzheimera.

Ona wie, że to wyrok, od którego nie będzie ucieczki. W jej pamięci gasnąć będą kolejne punkty, aż w końcu wypełni ją ciemność. To boleśnie banalny proces. Jak mówi sama Alice w filmie, wolałaby mieć raka. Wtedy przynajmniej byłaby jakaś walka, ludzie nosiliby dla niej różowe bransoletki, biegali maratony, zbierali datki… A tak, pozostaje czekać na nieuniknione.

Choć nie lubię tego określenia, "Still Alice" to ważny i potrzebny film. Być może dlatego, że jeden z reżyserów sam zmagał się z ciężką, nieuleczalną chorobą [Richard Glatzer zmarł 10 marca 2015, chorował na stwardnienie zanikowe boczne - dop. red.], twórcy potraktowali tę historię z prawdziwą empatią. Nie będzie tu zaskoczeń pod względem narracyjnym czy wizualnym, nie doświadczymy artyzmu i poetyckości. Po prostu zobaczymy, jak Alice, kobieta, która całe swoje życie oparła na intelekcie oraz języku, stopniowo zaczyna je tracić. To jednak wystarczy - minimalnymi środkami film porusza do głębi. Mamy tu do czynienia z dość klasyczną fabułą, która nie jest ani ckliwa, ani drastyczna w ukazywaniu postępu choroby. Teoretycznie nic jej nie wyróżnia. A jednak ma w sobie siłę - sprawia wrażenie niezwykle szczerej.

Taki stan rzeczy to w dużej mierze zasługa aktorów. Niejednoznaczny Alec Baldwin jako mąż Alice czy zaskakująco dobra Kristen Stewart jako jej córka, tworzą świetne, przekonujące kreacje. I choć zmieniające się relacje w rodzinie są istotnym wątkiem, najważniejsze dzieje się wtedy, gdy Alice zmaga się z chorobą w pojedynkę. Można wtedy dostrzec na jej twarzy ten krótki moment, kiedy przestaje być sobą. Julianne Moore wyraźnie poświęciła się tej roli i zahacza w niej o aktorski geniusz. Bez szarżowania oddała postępujące otępienie swojej bohaterki. Nie ma tam ani jednej fałszywej nuty. Zachwyca zwłaszcza scena, w której ogląda ona wiadomość nagraną dla samej siebie jeszcze w początkowym stadium choroby. Doprawdy trudno uwierzyć wtedy, że te dwie kobiety to jedna i ta sama osoba. Pytanie tylko czy oglądająca to wciąż Alice, a może już ktoś zupełnie obcy.

[Karol Barzowski]


źródło: stopklatka.pl

Aktualny numer

Dołącz do nas